*2 lata wcześniej*
Nigdy nie lubiłem
szpitali. W dzieciństwie spędziłem w nich bardzo dużo czasu, jednak
nigdy nie byłem w stanie przywyknąć do niektórych spraw. Białe ściany,
tak charakterystyczne, dla wszystkich tego typu placówek i tak
nienawidzone przez pacjentów, mi także zapadły w pamięć, jako coś, czego
trzeba unikać. Samotność, czyli rzecz, której od małego bardzo się
bałem. Był to do tego stopnia paniczny strach, że w dzieciństwie
wpadałem w ataki paniki, gdy tylko zostawałem sam w szpitalnym pokoju.
Obsługa często wcale mi nie pomagała, a tylko wszystko potęgowała.
Nieuprzejmość była ich najmniejszym problemem, bagatelizowanie
wszystkiego nieco większym, ale właśnie obojętność na pacjentów była
najgorsza. Dawało to poczucie bycia kimś nieważnym i gorszym. A tego
chyba nikt nie lubi, prawda?
Po przestawieniu mojego
problemu każdy łatwo wywnioskuje, skąd wzięła się moja nienawiść do
laboratorium, w którym się znajdowałem. Przetrzymywano mnie w nim prawie
dwa miesiące, przeprowadzając najróżniejsze badania. Godziłem się na
nie jedynie ze względu na chęć świętego spokoju i może środki
uspokajające, którymi mnie faszerowano. Ściany w tym miejscu wydawały
się jeszcze bardziej białe i sterylne. Samotność, która doskwierała mi w
szpitalnym pokoju, była niczym przy mojej szklanej, całkowicie
odizolowanej celi. A naukowcy będący wszędzie wokół? Przerażający,
nieczuli i chorobliwie skupieni na swojej pracy.
W końcu po dwóch
miesiącach przebywania w tym paskudnym miejscu nadszedł dzień mojej
wolności. Oczywiście wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem i byłem
przekonany, że najszybciej wyciągnie mnie stamtąd śmierć. Nigdy bym nie
pomyślał wtedy, że moją przepustką będzie jakiś irytujący i w dodatku
strasznie leniwy idiota.
Dzień, a przynajmniej
pora zapalania świateł, którą tak nazywałem, zaczął się jak zwykle.
Weszło dwóch mężczyzn w białych kitlach, niemający nawet cienia
sympatyczności na swoich twarzach. Jeden z nich niósł moje śniadanie,
któremu również brakowało uroku. Nie próbowali nawet otworzyć mojego
więzienia. Jeden z nich przesunął zasuwkę, znajdującą się w dolnej
części ściany i wsunął tacę po podłodze. Zaraz później cela znów była
szczelnie zamknięta. Od wejścia wydawali się spięci, zdenerwowani, a
nawet można było na nich twarzach zauważyć odrobinę strachu. Kiedyś
wcale nie zachowywali się tak ostrożnie w mojej obecności. Działo się
to, zanim na szklanej ścianie, oddzielającej mnie od reszty świata,
naklejono czerwony trójkąt świadczący o moim niebezpieczeństwie.
Stażyści, bo na
pełnoprawnych naukowców nie wyglądali, odetchnęli z ulgą, gdy wszystko
poszło dobrze i ruszyli do drzwi, rozmawiając o czymś, czego nie mogłem
usłyszeć. Szkło nie dość, że utrudniało mi ucieczkę, to jeszcze
wygłuszało wszelkie dźwięki z zewnątrz. Ten uroczy prezent otrzymałem,
kiedy po włączeniu się alarmu mój mutant zaczął wariować. Nigdy nie
potrafiłem nazwać go sobą, ponieważ całkiem się od siebie różniliśmy.
Nie miałem pojęcia czy nie podchodzi to czasem pod rozdwojenie jaźni,
ale tak było mi prościej. Może to śmieszne, ale dużo łatwiejsze zdawało
mi się zaakceptowanie czegoś, co we mnie żyje, niż siebie samego w tym
wydaniu. Mogło być to spowodowane strachem, który do tej drugiej natury
żywiłem.
Kilka kolejnych godzin
spędziłem na siedzeniu opartym o ścianę, a także przechadzaniu się w te i
z powrotem, by nieco rozruszać odrętwiałe kości. Kiedy wszedł
naukowiec, będący kimś w rodzaju więziennego naczelnika, akurat
zajmowałem się tą pierwszą czynnością. Za nim, ku mojemu zdziwieniu,
wszedł jeszcze jeden mężczyzna. Nie przypominał on ani stażysty, ani
fundatora, no i bliżej mu było wyglądem do kryminalisty, niż naukowca. W
końcu żaden z wcześniej wymienionych nie nosił przy sobie broni.
Rozmawiali o czymś zawzięcie, oczywiście wiedziałem to jedynie z ruchu
ich warg. Gość wydawał się czymś rozbawiony, zaliczał się raczej do
wysokich osób, ale nie jakoś przesadnie, był przeciętnie wysoki,
jakkolwiek głupio to nie zabrzmi. Miał włosy koloru ciemny brąz, jednak
nie na tyle ciemny by wpadał w czerń, przez co zdecydowanie nie
nazwałbym go brunetem. Ostatnią rzeczą, która wręcz rażąco rzucała się w
oczy była broń na jego pasku.
Gdy oni zajęci byli
rozmową, ja wstałem cicho, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Może nic
nie słyszałem, jednak przekonałem się już niejednokrotnie, że mnie
słychać idealnie. Podszedłem do szyby. Czułem się wtedy jak głupia
rybka, w jeszcze głupszym akwarium. Uniosłem wolno rękę, nie kłopocząc
się zbyt szybkimi ruchami, które zwróciłyby ich wzrok w moim kierunku i
zapukałem w szybę. Nie było to specjalnie głośne pukanie, jak to, gdy
przychodzi się w gościach i pragnie zobaczyć gospodarza, otwierającego
drzwi. Raczej pukanie zwiedzającego zoo, by zmusić leniwe zwierze do
poruszenia się, lub zwrócenia na niego uwagi.
Obaj przerwali
konwersacje i podnieśli na mnie wzrok. Zadziałało, leniwe zwierzątko
zwróciło na mnie uwagę. Na moich ustach szybko zagościł szeroki, wesoły
uśmiech, a dłoń, która jeszcze chwilę temu uderzała rytmicznie o szybę,
teraz kołysała się raz w lewo, raz w prawo w geście powitania.
Na ten widok gość zaczął
się śmiać, a mężczyzna w kitlu lekko zagotował. Nie wiedziałem, co
dokładnie tak na nich zadziałało, jednak wcale mi się to nie spodobało.
Wesoły grymas na mojej twarzy szybko zastąpiło kwaśne skrzywienie.
Podczas gdy człowiek z bronią powiedział coś, szeroko szczerząc proste
zęby, naukowiec kręcił jedynie głową, jakby z niedowierzaniem. Zaraz
później ten pierwszy machnął lekceważąco ręką i wyszedł z pomieszczenia.
Pozostały w pomieszczeniu naczelnik zmierzył mnie jeszcze uważnym
spojrzeniem, które zazwyczaj posyła się komuś jako obietnice
rozprawienia się z nim w innym czasie i także opuścił pomieszczenie.
Nie minęło nawet kilka
chwil, a poczułem dziwny zapach. Wydawał się z lekka lawendowy, z
miodową nutą, nieco duszący, co jednak najważniejsze ani trochę mi się
nie podobał. Oczy w sekundzie same zaczęły mi się zamykać, a obraz
stawał się coraz mniej wyraźny, więc usiadłem na ziemi. Chwilę później
straciłem kontakt z rzeczywistością, początkowo pozostała jedynie ta
mdła woń.
Nie dowiem się nigdy,
jak wtedy wydostałem się z laboratorium ani co działo się ze mną, gdy
byłem nieprzytomny. Co jakiś czas łapałem kontakt ze światem tylko po
to, by zobaczyć niebo, urywek ubrania lub jakiegoś budynku, ale szybko
znów odpływałem. Zewsząd zalewały mnie różne zapachy, a była to jedyna
rzecz, jaka do mnie docierała prawie całkiem wyraźnie. Raz były
subtelne, lekkie i przyjemne, lecz sztuczne, niczym odświeżacz
powietrza. Innym znowu wyraziste i pobudzające jak wiele stoisk
targowych z różnorakim jedzeniem w niewielkiej odległości od siebie.
Znacznie częściej występował pomieszany ze zgnilizną i śmieciami odór
śmierci, który wcale mi się nie podobał. Wszystkiemu cały czas
towarzyszyły męskie perfumy lub coś, co dało się za to wziąć. Byłem na
tyle zielony w tej sprawie, że ciężko było mi to stwierdzić.
Aromatów było mnóstwo,
lecz wiedziałem, że tego jednego z nich nigdy nie zapomnę. Czaił się w
moich nozdrzach cały czas, a z każdą chwilą tak samo natrętny i
niechciany. Był to fetor środka usypiającego, przez którego
znienawidziłem lawendę.
Kiedy w końcu złapałem
mocniejszą więź z otaczającym mnie światem, odkryłem z zaskoczeniem, że
znajduję się w ogromnym, w porównaniu do mojej szklanej celi, pokoju.
Zapobiegając niedomówieniom, był to spory, dobrze wyposażony apartament.
Wolno podniosłem się z przyjemnej w dotyku pościeli, by nie narażać się
na zwroty głowy i wstałem z (co najmniej) dwuosobowego łóżka.
Podszedłem do okna, które może nie było szerokie, ale ciągnęło się od
sufitu do podłogi, a potem spojrzałem za nie. Widokiem, który ujrzałem,
okazało się miasto, nie była to może jego duża część, ponieważ
rozciągało się ono po horyzont, a granice mojego wzroku stanowiła ściana
otaczająca okno z obu stron. Wiele dużo wyższych budynków górowało nad
tym, w którym się znajdowałem, jednak obraz i tak zapierał dech w
piersiach. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Mało pamiętałem z
wydarzeń przed wybuchem, ale byłem pewien, że nigdy nie znalazłem się w
tak potężnym mieście.
Potrzebowałem chwili by
nacieszyć oczy miastem, dopiero po chwili rozejrzałem się po reszcie
pomieszczenia. Poza wielkim łożem, po dwóch stronach posiadającym małe,
futurystyczne szafeczki nocne, były tu także dwie wbudowane w ściany
szafy. Jedna z nich była dużo większa, zajmowała całą ścianę i
usytuowana bliżej łóżka. Natomiast druga, naprzeciw pierwszej, skrócona
przez drzwi znajdujące się obok. Poza nimi, naprzeciw okna znajdowały
się jeszcze jedne. Wszystko dopełniał drobny stół z dwoma krzesłami,
wydawało się potrzebne jedynie do zajmowania nadmiaru przestrzeni.
Pomieszczenie po dłuższych oględzinach okazało się nieco mniejsze, niż
początkowo zakładałem, jednak nadal większe niż średniej wielkości
kawalerka.
Odczekałem chwilę, by
upewnić się, że zaraz nikt nie wejdzie, po czym zacząłem zwiedzanie od
drzwi przy mniejszej szafie, gdzie ku mojemu szczęściu odnalazłem
łazienkę, w której spędziłem chwilę z oczywistych powodów
fizjologicznych. Po załatwieniu sprawy tego pomieszczenia zdecydowałem
się na otwarcie szafy. Mniejsza okazała się zamknięta. Jej podświetlenie
zmieniło się z niebieskiego na czerwone, a na jej środku światło
okonturowało także znak kłódki, kiedy spróbowałem sprawdzić, co jest
wewnątrz. Wyrwało mi się przez to prychnięcie pełne sfrustrowania.
Lubiłem znać każdy kąt pomieszczenia, w którym się znalazłem. Krzesła i
stół uznałem za nie warte mojej uwagi, upewniłem się, że pod łóżkiem nic
nie ma, po czym zajrzałem do drugiej szafy, która okazała się pełna
nudnych ubrań. W większości były to eleganckie spodnie, koszule i dwie
pary butów na jej dnie.
Zerknąłem wtedy na swoje
ubranie, nie prezentowało się najlepiej, jednak na razie nie
zamierzałem zmieniać mojej podartej koszulki i rybaczek w tak samo złym
stanie. Nie chciałem nawet założyć nic na gołe nogi, bo nie miałem
pojęcia, kiedy wejdzie właściciel tego miejsca, ani ile będę musiał mu
oddać za nowe odzienie. W mojej sytuacji każda cena mogła być
problematyczna, zważywszy na fakt, że miałem jedynie to, co na sobie.
W końcu nastąpiła
chwila, która nastąpić musiała, mianowicie podszedłem do ostatnich
drzwi. Nadałem im już podświadomie miano drzwi wyjściowych. Popchnąłem
je z cichą nadzieją, że nie są zamknięte i rzeczywiście nie były. Za
nimi odnalazłem korytarz. Przedpokój, w którym się znalazłem, zdobiło
sześcioro drzwi, z tego jedne wyglądające na wyjściowe. Założyłem, że
takie właśnie są głównie ze względu na wizjer na nich umieszczony. Na
lewo od pomieszczenia, które opuściłem, znajdowały się tylko jedne
drzwi, zakańczające korytarz z tej strony. Szybko przekonałem się, że są
zamknięte, gdy zareagowały podobnie do szafy, czerwone światło
utworzyło znak. Właśnie w tej chwili go znienawidziłem. Kolejne, które
sprawdziłem, znajdujące się naprzeciw, prowadzących do apartamentu także
nie zaszczyciły mnie pozwoleniem, na zbadania ich wnętrza, a ich sąsiad
po prawej skrywał kolejną łazienkę. Nieco większą, ale i mniej ciekawą,
przez czasową bezużyteczność. Zostały mi tylko te obok skrywających
sypialnię, tudzież na nich zaświeciła się podświetlona na czerwono
kłódka, zaraz po naciśnięciu klamki. Nie pozostało mi nic poza ruszeniem
dalej korytarzem. Tu nie miałem już problemu z drzwiami, ponieważ były
tam tylko dwa otwarte przejścia. To na lewo prowadziło do kuchni,
nietanio urządzonej. Wyposażone w kuchenkę, lodówkę, nawet mikrofalówkę i
mnóstwo szafek.
Drugie prowadziło do
olbrzymiego — w porównaniu z resztą pomieszczeń — salonu. Tutaj
najwidoczniej właściciel nie żałował sobie szkła, ponieważ tym razem
okno zajmowało prawie całą ścianę, a było wielkości ekranu kinowego.
Zostawiając pokój dzienny na koniec, udałem się do kuchni, gdzie, ku
mojemu szczęściu, była pełna lodówka. Sporządzenie całego talerza
kanapek zajęło mi kilka chwil. Zanim wziąłem się za ich spożywanie,
uprzątnąłem wszystko z chorobliwym staraniem, nienawidziłem brudu, w
żadnej postaci. Okruszki potrafiły doprowadzić mnie do szału. Oczywiście
moja druga natura musiała go kochać i robić na każdym kroku. Kto potem
to sprzątał? Pewnie, że ja. Kiedy już zostało mi tylko pochłonąć je,
zrobiłem to z przerażającą szybkością, dopiero uświadamiając sobie, jaki
byłem głodny. Po chwili zastanowienia dorobiłem sobie jeszcze kilka i
ruszyłem na zwiedzanie salonu.
Po wejściu do niego od
razu zauważyłem całkiem sporą, czarno-białą kanapą i idealnie pasujące
dwa fotele. Kolejną rzeczą, która rzuciła mi się w oczy były dwie duże
biblioteczek. Następnie coś wyglądające na rozbudowaną wersję komputera,
którego monitor był wielkości przeciętnego telewizora i wisiał na
ścianie oraz wielkie akwarium, wbudowane w ścianie, w którym jednak
brakowało jakichkolwiek morskich stworzeń. Od razu wiedziałem, że nie
polubię tego dużego pomieszczenia, panowało w nim za dużo pustej
przestrzeni. Było bardzo absurdalne, zważywszy na moje zapędy
klaustrofobiczne. Chociaż może była to kwestia zamknięcia, a nie
wielkości pokoju lub jak w tym przypadku braku miejsca do ukrycia się?
Była na to spora szansa.
Wróciłem do kuchni i
właśnie skończyłem odkładać umyte naczynia do szafki, gdy zamek
szczęknął w drzwiach. Złapałem za pierwszy, lepszy nóż, który miałem pod
ręką i podkradłem się ściany, dzielącej kuchnie i przedpokój,
zapomniawszy całkiem o moim braku zdolności do samoobrony.
Dalsza część rozegrała się bardzo szybko. Moja ręka, nóż, a potem twarde
lądowanie plecami na ziemi. Byłem tak zaskoczony tym wszystkim, że
jedyną reakcją, na jaką było mnie stać, był jęk bólu.
- No cóż... Po opisie przedstawionym przez Brauna spodziewałem się czegoś więcej — usłyszałem głos, w którym grało wesołe rozbawienie, a później moja dłoń została przydepnięta.
Nie było to szczególnie bolesne i nie czyniło mi większej krzywdy, po prostu uniemożliwiało mi użycie noża, który nadal mocno ściskałem. Szarpanie się nie miało żadnego sensu, bo jedynie wywołało śmiech u mojego... oprawcy? Można było go tak nazwać, nie? W końcu robił mi krzywdę, a to, że w samoobronie, to już inna sprawa. Odwróciłem się nieznacznie, by zerknąć przez ramię i dowiedzieć się kim jest mężczyzna, tak zadowolony z rozłożenia mnie na łopatki. Nie powiem, małe osiągnięcie, nie ma czym się tak cieszyć. Moim oczom ukazał się ten sam mężczyznę, którego widziałem laboratorium. Kiedy dostrzegł, że na niego spoglądam, pokręcił jedynie głową i zabrał mi nóż. Wydawał się całkowicie rozluźniony, a przy tym zabójczo pewny siebie, czym tylko strasznie mnie denerwował. Po dłuższym przeanalizowaniu sytuacji, która przed chwilą miała miejsce, jednak było to uzasadnione. Nie dałbym rady zrobić mu żadnej krzywdy w tej postaci, a sam mógłbym nieźle oberwać. Nie zwracając na mnie większej uwagi, mężczyzna wszedł do kuchni, zostawiając mnie samego w holu. Gdy zrozumiałem, że nie jestem w żaden sposób trzymany, od razu wstałem z ziemi. Poznanie tożsamości właściciela mieszkania, całkowicie zbiło mnie z tropu. Od razu przez głowę przeleciało mi mnóstwo pytań. Gdzie byłem? Co ja tu robiłem i po co się tu znalazłem? Czego on ode mnie chciał?
Żadne z nich, jednak nie padło, ponieważ potrafiłem jedynie stać w wejściu do kuchni i obserwować, pytającym wzrokiem mojego gospodarza, który jak gdyby nigdy nic przygotowywał sobie kolację. Zbyt absurdalnym wydawało mi się, by dom nie mógł być jego.
- Kim ty...? - zacząłem pytać, ale zrezygnowałem z tego przez głośne trzaśnięcie szafki, które wydało mi się bardzo głośne w otaczającej nas ciszy.
Znów pozwoliłem jej trwać, bo ten dźwięk wcale nie był kwestią przypadku, a jedynie chęcią uciszenia mnie. Nie do końca rozumiałem swoje zachowanie, jednak brak zainteresowania ze strony właściciela mieszkania strasznie mnie irytował. W końcu on zachowywał się, jakby zdarzenia sprzed chwili w ogóle nie było, a ja byłbym czymś równie nie ważnym, jak powietrze. Otworzyłem usta w celu wrócenia mu uwagi, że ignorowanie gości, czy ludzi, którzy przed chwilą chcieli cię zabić, nie jest zbyt miłe, jednak ktoś niegrzecznie mi przerwał.
- Pewnie jesteś głodny, co? - zadał wesoło pytanie, jakby wyczuwając, że znów próbuję coś powiedzieć, w końcu nie mógł zobaczyć tego, będąc odwróconym do mnie plecami.
W tym momencie sytuacja stała się jeszcze głupsza i nierealna, a ja całkowicie głupiałem. Kto normalny proponuje osobie, która rzuciła się chwilę temu na niego z nożem, posiłek? Byłem pewny, że coś jest nie tak, ale nie mogłem rozgryźć czy z nim, czy ze mną. Po chwili doszedłem do wniosku, że raczej z nim, chociaż nie byłem tego całkowicie pewien.
- Jadłem — przyznałem ciszej niż poprzednio, z pewną dozą niepewności w swoim głosie, nieco zaniepokojony, że znów spróbuje mi przerwać.
Nie spróbował. Skinął jedynie głową, jakby myśląc o czymś, a następnie jakby nigdy nic wziął talerz z jedzeniem i minął mnie, idąc do salonu. Naprawdę zaczynałem się zastanawiać, któremu z nas poprzewracało się głowie. Dziwak znów wrócił do ignorowania mnie. Wcale nie zwrócił na mnie uwagi, rozsiadając się na kanapie, co powoli zaczynało działać mi na nerwy. Nienawidziłem, kiedy ktoś mnie tak ordynarnie ignorował. Czułem się nieco oszołomiony i nie wiedząc, co powinienem zrobić w takiej sytuacji, ruszyłem za nim, depcząc mu po piętach. Spróbowałem po raz drugi zadać, jakieś pytanie, ale tym razem przerwał mi je ostry pisk talerza, przejechanego widelcem. Dźwięk był tak głośny i nieprzyjemny, że aż zacisnąłem zęby, a na mojej twarzy pojawił się niezadowolony grymas. Usiadłem obok, w sporej odległości od specyficznego mężczyzny, patrząc wyczekująco na jego profil. Znów miał przy sobie broń, aż zacząłem się zastanawiać, czy zawsze ją przy sobie nosił.
- Aaron, a ty, jak się nazywasz? - zapytał w końcu, ledwo dało się go zrozumieć przez jedzenie wypełniające całe jego usta.
Zdecydowanie nie zamierzał się krępować moją obecnością ani robić kłopotu używając dobrych manier. Nie mogłem patrzeć, jak kruszy na podłogę, ale chociaż przestał mnie ignorować. Czułem, że jeśli tego nie zrobi, to zaraz rzucę się mu do gardła.
- Luka — odparłem, w tym miejscu brakowało mi pewności siebie i dało się to słyszeć w moim głosie, mimo że starałem się, by tak nie było.
Nie chciałem ryzykować i znów odzywać się sam, jasno dał mi do zrozumienia, że jeśli odezwę się nie pytanym, on zrobi hałas. Jakiś, bynajmniej, nieprzyjemny dźwięk, którego nie chciałem słuchać. Postanowiłem, więc odłożyć swoje pytania na nieco później tudzież pokazać, że nie jest idiotą, który nie rozumie prostej aluzji.
- Masz na myśli Lucas? - dopytywał, jednak nie wydawał się tym specjalnie zainteresowany.
Raczej brzmiało to, jakby telewizor nie łapał mu zasięgu, a on tak bardzo się nudził, że pozostała mu tylko rozmowa ze mną, jako ostatnia deska ratunku. Na jego pytanie pokręciłem głową i uprzejmie poprawiłem go, że wymawia się to, jak najbardziej „Luka", a nie tak, jak on to zrobił. Cała sytuacja wydawała mi się chora, dziwna i jakbym znalazł się tam całkowicie przez przypadek. Aaron wziął kolejne kilka gryzów, kończąc posiłek, po czym podniósł na mnie wzrok.
- To powiedz Luka... - zrobił przerwę, by oblizać palce z sosu — polowałeś kiedyś na inne mutanty?
Jeśli do tego momentu w jakiś sposób domyślałem się, co jest grane, to teraz wszystko pękło, jak bańka mydlana. On właśnie zapytał mnie, czy miałem kiedyś jakieś przejawy kanibalizmu, czy jak? Nie dość, że nie znałem odpowiedzi na mnóstwo pytań, teraz przez moją głowę przeleciało jeszcze więcej kolejnych. Najgorsze było w tym wszystkim to, że nie potrafiłem odpowiedzieć na jego, chwilę wcześniej zadane pytanie. Te ostatnie kilka miesięcy, zanim zamknęli mnie w sterylnym więzieniu, było dla mnie niczym biała plama i mogłem wtedy robić naprawdę wszystko. Niczego nie mogłem być pewny, a już na pewno nie tego, czy czasem nie zaatakowałem, jakiejś przypadkowej osoby. Zawahałem się z odpowiedzią, przez co Aaron zaczął świdrować mnie przenikliwym spojrzeniem. Nie pomogło mi to ani trochę.
- Nie wiem — odparłem w końcu, chcąc pozbyć się prześwietlenia jego oczu, które właśnie mi fundował.
Musiało go to zaskoczyć, tak przynajmniej stwierdziłem, po jego reakcji, którą było niskie, zamyślone, pytające mruknięcie. Wiedziałem, że to idiotyczne, ale zarówno kiedy mnie ignorował, jak i kiedy przewiercał mnie wzrokiem, drażnił mnie podobnie. Nie miałem pojęcia, jak to działa, jednak byłem pewien, że nasza współpraca — jeśli do jakieś w ogóle by doszło — będzie bardzo burzliwa i skomplikowana.
- No cóż... Po opisie przedstawionym przez Brauna spodziewałem się czegoś więcej — usłyszałem głos, w którym grało wesołe rozbawienie, a później moja dłoń została przydepnięta.
Nie było to szczególnie bolesne i nie czyniło mi większej krzywdy, po prostu uniemożliwiało mi użycie noża, który nadal mocno ściskałem. Szarpanie się nie miało żadnego sensu, bo jedynie wywołało śmiech u mojego... oprawcy? Można było go tak nazwać, nie? W końcu robił mi krzywdę, a to, że w samoobronie, to już inna sprawa. Odwróciłem się nieznacznie, by zerknąć przez ramię i dowiedzieć się kim jest mężczyzna, tak zadowolony z rozłożenia mnie na łopatki. Nie powiem, małe osiągnięcie, nie ma czym się tak cieszyć. Moim oczom ukazał się ten sam mężczyznę, którego widziałem laboratorium. Kiedy dostrzegł, że na niego spoglądam, pokręcił jedynie głową i zabrał mi nóż. Wydawał się całkowicie rozluźniony, a przy tym zabójczo pewny siebie, czym tylko strasznie mnie denerwował. Po dłuższym przeanalizowaniu sytuacji, która przed chwilą miała miejsce, jednak było to uzasadnione. Nie dałbym rady zrobić mu żadnej krzywdy w tej postaci, a sam mógłbym nieźle oberwać. Nie zwracając na mnie większej uwagi, mężczyzna wszedł do kuchni, zostawiając mnie samego w holu. Gdy zrozumiałem, że nie jestem w żaden sposób trzymany, od razu wstałem z ziemi. Poznanie tożsamości właściciela mieszkania, całkowicie zbiło mnie z tropu. Od razu przez głowę przeleciało mi mnóstwo pytań. Gdzie byłem? Co ja tu robiłem i po co się tu znalazłem? Czego on ode mnie chciał?
Żadne z nich, jednak nie padło, ponieważ potrafiłem jedynie stać w wejściu do kuchni i obserwować, pytającym wzrokiem mojego gospodarza, który jak gdyby nigdy nic przygotowywał sobie kolację. Zbyt absurdalnym wydawało mi się, by dom nie mógł być jego.
- Kim ty...? - zacząłem pytać, ale zrezygnowałem z tego przez głośne trzaśnięcie szafki, które wydało mi się bardzo głośne w otaczającej nas ciszy.
Znów pozwoliłem jej trwać, bo ten dźwięk wcale nie był kwestią przypadku, a jedynie chęcią uciszenia mnie. Nie do końca rozumiałem swoje zachowanie, jednak brak zainteresowania ze strony właściciela mieszkania strasznie mnie irytował. W końcu on zachowywał się, jakby zdarzenia sprzed chwili w ogóle nie było, a ja byłbym czymś równie nie ważnym, jak powietrze. Otworzyłem usta w celu wrócenia mu uwagi, że ignorowanie gości, czy ludzi, którzy przed chwilą chcieli cię zabić, nie jest zbyt miłe, jednak ktoś niegrzecznie mi przerwał.
- Pewnie jesteś głodny, co? - zadał wesoło pytanie, jakby wyczuwając, że znów próbuję coś powiedzieć, w końcu nie mógł zobaczyć tego, będąc odwróconym do mnie plecami.
W tym momencie sytuacja stała się jeszcze głupsza i nierealna, a ja całkowicie głupiałem. Kto normalny proponuje osobie, która rzuciła się chwilę temu na niego z nożem, posiłek? Byłem pewny, że coś jest nie tak, ale nie mogłem rozgryźć czy z nim, czy ze mną. Po chwili doszedłem do wniosku, że raczej z nim, chociaż nie byłem tego całkowicie pewien.
- Jadłem — przyznałem ciszej niż poprzednio, z pewną dozą niepewności w swoim głosie, nieco zaniepokojony, że znów spróbuje mi przerwać.
Nie spróbował. Skinął jedynie głową, jakby myśląc o czymś, a następnie jakby nigdy nic wziął talerz z jedzeniem i minął mnie, idąc do salonu. Naprawdę zaczynałem się zastanawiać, któremu z nas poprzewracało się głowie. Dziwak znów wrócił do ignorowania mnie. Wcale nie zwrócił na mnie uwagi, rozsiadając się na kanapie, co powoli zaczynało działać mi na nerwy. Nienawidziłem, kiedy ktoś mnie tak ordynarnie ignorował. Czułem się nieco oszołomiony i nie wiedząc, co powinienem zrobić w takiej sytuacji, ruszyłem za nim, depcząc mu po piętach. Spróbowałem po raz drugi zadać, jakieś pytanie, ale tym razem przerwał mi je ostry pisk talerza, przejechanego widelcem. Dźwięk był tak głośny i nieprzyjemny, że aż zacisnąłem zęby, a na mojej twarzy pojawił się niezadowolony grymas. Usiadłem obok, w sporej odległości od specyficznego mężczyzny, patrząc wyczekująco na jego profil. Znów miał przy sobie broń, aż zacząłem się zastanawiać, czy zawsze ją przy sobie nosił.
- Aaron, a ty, jak się nazywasz? - zapytał w końcu, ledwo dało się go zrozumieć przez jedzenie wypełniające całe jego usta.
Zdecydowanie nie zamierzał się krępować moją obecnością ani robić kłopotu używając dobrych manier. Nie mogłem patrzeć, jak kruszy na podłogę, ale chociaż przestał mnie ignorować. Czułem, że jeśli tego nie zrobi, to zaraz rzucę się mu do gardła.
- Luka — odparłem, w tym miejscu brakowało mi pewności siebie i dało się to słyszeć w moim głosie, mimo że starałem się, by tak nie było.
Nie chciałem ryzykować i znów odzywać się sam, jasno dał mi do zrozumienia, że jeśli odezwę się nie pytanym, on zrobi hałas. Jakiś, bynajmniej, nieprzyjemny dźwięk, którego nie chciałem słuchać. Postanowiłem, więc odłożyć swoje pytania na nieco później tudzież pokazać, że nie jest idiotą, który nie rozumie prostej aluzji.
- Masz na myśli Lucas? - dopytywał, jednak nie wydawał się tym specjalnie zainteresowany.
Raczej brzmiało to, jakby telewizor nie łapał mu zasięgu, a on tak bardzo się nudził, że pozostała mu tylko rozmowa ze mną, jako ostatnia deska ratunku. Na jego pytanie pokręciłem głową i uprzejmie poprawiłem go, że wymawia się to, jak najbardziej „Luka", a nie tak, jak on to zrobił. Cała sytuacja wydawała mi się chora, dziwna i jakbym znalazł się tam całkowicie przez przypadek. Aaron wziął kolejne kilka gryzów, kończąc posiłek, po czym podniósł na mnie wzrok.
- To powiedz Luka... - zrobił przerwę, by oblizać palce z sosu — polowałeś kiedyś na inne mutanty?
Jeśli do tego momentu w jakiś sposób domyślałem się, co jest grane, to teraz wszystko pękło, jak bańka mydlana. On właśnie zapytał mnie, czy miałem kiedyś jakieś przejawy kanibalizmu, czy jak? Nie dość, że nie znałem odpowiedzi na mnóstwo pytań, teraz przez moją głowę przeleciało jeszcze więcej kolejnych. Najgorsze było w tym wszystkim to, że nie potrafiłem odpowiedzieć na jego, chwilę wcześniej zadane pytanie. Te ostatnie kilka miesięcy, zanim zamknęli mnie w sterylnym więzieniu, było dla mnie niczym biała plama i mogłem wtedy robić naprawdę wszystko. Niczego nie mogłem być pewny, a już na pewno nie tego, czy czasem nie zaatakowałem, jakiejś przypadkowej osoby. Zawahałem się z odpowiedzią, przez co Aaron zaczął świdrować mnie przenikliwym spojrzeniem. Nie pomogło mi to ani trochę.
- Nie wiem — odparłem w końcu, chcąc pozbyć się prześwietlenia jego oczu, które właśnie mi fundował.
Musiało go to zaskoczyć, tak przynajmniej stwierdziłem, po jego reakcji, którą było niskie, zamyślone, pytające mruknięcie. Wiedziałem, że to idiotyczne, ale zarówno kiedy mnie ignorował, jak i kiedy przewiercał mnie wzrokiem, drażnił mnie podobnie. Nie miałem pojęcia, jak to działa, jednak byłem pewien, że nasza współpraca — jeśli do jakieś w ogóle by doszło — będzie bardzo burzliwa i skomplikowana.
< Aaron?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz